16 grudnia 2017

Niefortunne wyjście z szafy - o Coming Outach 2017

Dość długo wstrzymywałem się z tekstem o tegorocznym Coming Oucie na warszawskim ASP. Niezwykle łatwo jest wyzłośliwiać się nad wyborami jury, które interpretuje przewrotne hasło „wyjścia z szafy” w myśl późnokapitalistycznej logiki – jest to ni mniej, ni więcej, wyprowadzanie artystek i artystów na rynek komercyjny. Wyselekcjonowane przez komisje prace musiały posiadać spory potencjał komercyjności; odznaczać się pewną lekkością (o ile nie banalnością) przekazu oraz formy, oraz nie stać w sprzeczności z neoliberalną formułą imprezy. W zeszłym roku Aleksander Kmak, recenzując 6. edycję Coming Outów napisał „[…] Sztandarowa wystawa Akademii sugeruje niestety, że jeśli ktoś szuka w sztuce eksperymentu, złamania zasad, ryzyka czy chociażby zabawy – to na pewno nie znajdzie tego u artystów młodych”. Sposób, w jaki chce pokazywać się Akademia na zewnątrz – poza tą akademijną szafą – wiele mówił o aspiracjach, jakie uczelnia posiada i jakie postawy chce legitymizować. Do siódmej edycji Coming Outy były sztandarową, sztampową imprezą, której pozycja zależała głównie od tego, że odbywała się w stolicy. Dla środowiska pogodzonego z warszawocentrycznością artwoldu nie była (ani nie jest) to sytuacja nowa. Nie jest to sytuacja nowa dla samej akademii, która – w szerszej perspektywie – doprowadziła do konserwatyzmu, jaką odznacza się ta uczelnia. Niezależnie od sław, które na akademii wykładają – stale lub w pracowniach gościnnych – warszawska ASP jest uczelnią, która spełnia definicję akademickości. Tej właśnie akademickości, którą kojarzymy z historii, jako czynnika betonującego scenę artystyczną; tej, która powiela mistrzowski system kształcenia ze wszystkimi następstwami w postaci legionu epigonów oraz twórczością, która bazuje na przebrzmiałych, ale wciąż modnych formułach. Tego właśnie spodziewały się tłumy stojące w kolejkach na wernisaż tegorocznego Coming Outu. 

Siódma edycja CO spełniła oczekiwania, z jakimi środowisko przyszło na tę wystawę. Jednak Reduta Banku Polskiego, prestiżowa lokalizacja – z medialnego i wizerunkowego punktu widzenia – w której odbyła się wystawa przyniosła coś więcej, niż tylko wydarzenie, do jakiego przywykli goście. Stało się tak głównie za sprawą gospodarza tego budynku – Antoniego Feldona. Warszawski biznesmen, znany w stolicy z ekscentryzmu w stylu neoliberalnego sarmatyzmu, wspierania nacjonalistycznych środowisk, a także specyficznego podejścia do reprywatyzacji, otworzył imprezę przemówieniem, które wskazało na nowy kierunek, w jakim zwraca się warszawska akademia. Słowa, po których przez salę przetoczyły się oklaski.

„[…] Oddaję głos wszystkim tym którzy tworzą kulturę, podnoszą polskie imię w świecie i którzy będą je ugruntowali naprzeciw rozmaitym ŚWIŃSKIM DEMOKRACJOM i rozmaitym innym zmianom, które nas codziennie trapią. Ale my się nie dajemy. […]
I NIE MA żadnej sztuki zaawansowanej, zaangażowanej. Sztuka jest sztuką i ona jest sama z siebie już bardzo dumna. I chcemy, żeby polska sztuka była na czele wszystkich sztuk światowych i wszystko, co temu służy jest dobre."

Z punktu widzenia oficjalnego dyskursu (kreowanego m.in. przez polskie Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego) w tych słowach nie ma niczego zaskakującego. Populistyczna retoryka, przez którą przemawia resentyment pewnych grup w ramach środowiska oraz życzeniowe dążenie do dominacji na scenie światowej to aktualna linia, wedle której kształtowane jest myślenie i mówienie o rodzimej sztuce i kulturze. Pod postulatem o polskiej sztuce, która jest sztuką (cokolwiek to znaczy) i ma ambicje do przewodzenia sztukom światowym z pewnością podpisałby się Sławomir Marzec, apelujący o pozostanie w arthome. Podpisałaby się pod tym również legendarna Monika Małkowska wraz z innymi ex-członkami ministerialnej komisji do spraw muzealnych zakupów – z Zbigniewem Dowgiałłą i Jackiem Lilpopem na czele. Takiemu podejściu przyklasnąłby obecny minister kultury Piotr Gliński – w końcu to repetycja różnych jego wypowiedzi na temat obecnej misji polskiej kultury. Lwia część członkiń i członków ZPAP-u, mam wrażenie, także jest zainteresowana przedsięwzięciem środowiskowej krucjaty przeciwko liberalnym (oraz sporadycznie lewicowym) „sztukom zaawansowanym, zaangażowanym”. Oklaskujący przemówienie – jeśli w ogóle go słuchali – dołożyli swoje poparcie dla tego wystąpienia. Jednak dla warszawskiej akademii, która wciąż w swoim statucie posiada m.in. punkt

„[...] 2. Do podstawowych zadań Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie należy: [...]
2) wychowywanie studentów w poczuciu odpowiedzialności za [...] umacnianie zasad demokracji [...]"  

legitymizowanie wystąpień o „świńskich demokracjach” jest już wyrazem najwyższej niefrasobliwości. Sam wybór Feldona jako gospodarza CO również jest sprawą kontrowersyjną – zwłaszcza dla odpowiedzialnej instytucji, która na celu ma kształtować nowe pokolenia twórczyń i twórców; zwłaszcza w Warszawie w roku 2017 w obliczu nasilenia się nacjonalistycznych deklaracji oraz  faktu afery reprywatyzacyjnej, która spowodowała poważny kryzys samorządowy w stolicy. Współpracę z oraz legitymizowanie czegokolwiek postacią nacjonalistycznego aferzysty ciężko nazwać niedostatecznym researchem – wiele wskazuje na to, że jest świadoma decyzja władz uczelni. To jest ten nowy kierunek, który w związku z „wyjściem z akademijnej szafy” obrała warszawska ASP. Czyli jakby nie było – konserwatyzm uczelni został uzupełniony przez dyskurs antydemokratyczny, w myśl aktualnych prób przeprowadzania „rewolucji konserwatywnej”.
Po nagłośnieniu sprawy przez wspomnianą już Janę Shostak (jedną z laureatek tegorocznego CO, nota bene za pracę dyplomową „Nowacy” – bez wątpienia realnie zaangażowaną społecznie) oficjalny komunikat ze strony organizatorów brzmiał:

oficjalne stanowisko organizatorów Coming Out 2017
źródło: odpowiedź pod postem Jany

Znamienne, że Jana (Białorusinka z polskimi korzeniami) była jedyną osobą, która podczas wręczania jej nagrody zanegowała słowa Feldona. Jednak, czy była jedyną twórczynią, której prace nawiązywały do tematów społecznych? I tak, i nie. Była z pewnością jedyną artystką z Coming Outów, która wyszła poza „zaangażowanie naskórkowe” – pobieżną, niezaangażowaną odpowiedź na obowiązujący trend konstruowania prac „o wrażliwości społecznej”. Dla przykładu, nie poszła drogą niesławnego Sebastiana Kroka i „namalowała obraz o uchodźcy/nowaku”.


Drogą Kroka i tym samym zaangażowania naskórkowego poszła inna laureatka, Katarzyna Rozwadowska-Myjak, absolwentka wydziału grafiki. W opisie jej dyplomu czytamy: „Do przygotowania pracy dyplomowej zatytułowanej Granice skłoniło mnie  głębokie poruszenie losem uchodźców, którego doświadczyłam dwa lata temu podczas pobytu na stypendium w Monachium. […] [praca, przyp. mój] Dotyczy nie tylko uchodźców, ale jest bardziej ogólna, mówi o granicach oraz ograniczeniach psychicznych i fizycznych, z którymi wszyscy się zmagamy”. W ramach pracy, przygotowała filmy, w których m.in. stąpa po kamienistej plaży oraz układa domek z kart. Wydaje się, że w dziedzinie art-washingu pojawiła się nowa kategoria: refugee-washing. Refugee-washing czyli  kategoria, w ramach której swoim działaniom życzeniowo nadaje się głębszy sens poprzez odwołanie się do doświadczeń uchodźczych/nowaczych.

 
źródło: Coming Out 2017


Inne prace, które zahaczyły o temat społeczny to wystąpienia Rafała Grzelewskiego oraz laureatki grand prix – Magdaleny Morawik. Morawik (wydział intermediów) wykonała dyplom o szarej fladze. Jak pisze autorka: „Projekt jest pokazaniem schematu, na który można nałożyć idee. Punktem wyjścia mojego projektu jest flaga – w kontekście znaku graficznego, symbolu, ale także przedmiotu. Jako narzędzie do komunikacji poprzez minimalizacje środków, kompresje informacji jest syntezą. Powieszenie połaci materiału na drzewcu odczytywane jest jednoznacznie – jako manifest, czyli komunikat. Traktuję flagę jako schemat do zaanektowania odpowiednich – według nadawcy – idei. Szarość jest swoistym punktem zero, zaś jakiekolwiek odstępstwo, odchylenie w którąkolwiek ze stron jest już określeniem pozycji. W formie ideologicznej szarość jest odcieniem, schematem, który przez unormowanie, równowagę i dyscyplinę może posłużyć do wypełnienia go treścią. Szarość może świadczyć o równowadze. Nie tyle o niezmienności i stałości samej szarości, co schematu. […] Moim zamysłem było przygotowanie w pełni neutralnego, czystego znaczeniowo środowiska. Jedynym obszarem świadomie przeze mnie zostawionym jest czynnik ludzki –poruszanie flagą. Zmęczenie, niemożność kontynuacji, wycieńczenie do granic są konsekwencją ciągłego używania narzędzia, ciągłego nadawania sygnału komunikatu. […] Czas nagrania, czyli czas, w jakim osoba używa flagi, jest okresem od pełnej energii do całkowitego wykończenia, niemożności kontynuowania. Uchwycenie czynności w pełni – przy użyciu jednej kamery, bez montażu, bez manipulacji ukazuje to, co jest dla mnie w tej relacji najistotniejsze”. W kontekście całego wydarzenia, jakim okazało się tegoroczne CO, nagroda dla deklaracji rzekomej neutralności, niezależności i apolityczności zaczyna poważnie zgrzytać. Być może tylko w mojej odbiorczej recepcji.

Magdalena Morawik, Środkowa Szarość, 2017
źródło: Coming Out 2017


Rzeźba Grzelewskiego „Trudna Wolność” „[…] jest przestrzenną ilustracją moich przemyśleń dotyczących przemian, jakie zaszły w Polsce w ciągu ostatnich 25 lat. Przejście z gospodarki sterowanej na wolnorynkową umożliwiło szybki rozwój ekonomiczny. Ograniczany przez wiele lat apetyt konsumpcyjny Polaków zarówno na podstawowe, jak i luksusowe dobra materialne jest zaspokajany w niesamowitym tempie. Polacy starają się nabywać nie tylko to, czego potrzebują, ale też to, czego mogą potrzebować w przyszłości ich dzieci. Często towarzyszy temu brak zastanowienia nad jednocześnie nabywanymi zobowiązaniami. Dla wielu osób „skrzydła”, które ćwierć wieku temu dostaliśmy, zaczynają być ciężarem ograniczającym swobodę o jaką walczyliśmy. Społeczna presja i pamięć minionych lat motywuje do zakupu kolejnych mieszkań, lepszych prezentów czy droższych wakacji. Lubimy gromadzić wokół siebie coraz więcej i szybciej, a to z każdym dniem coraz bardziej przytwierdza nas do ziemi. Chęć posiadania każe nam się martwić o to, co mamy, a nie pozwala cieszyć się tym, co wreszcie możemy mieć. Realizując marzenia, kupujemy obciążenia materialne i psychiczne. Powyższe refleksje ilustruje geometryczna postać, której wzniesienie uniemożliwiają ciężkie niczym kotwice skrzydła.

Rafał Grzelewski, Trudna Wolność, 2017
źródło: Coming Out 2017

Osobiście nie umiem traktować tych trzech prac finalistów jako cokolwiek ponad przeciętną realizację zadania na semestralne zaliczenie. Osobiście, treści dopisane w części teoretycznej są treściami, które znalazły się przy tych konkretnych pracach (Rozwadowskiej-Myjak, Morawik i Grzelewskiego) głównie ze względu na wspomniany trend zaznaczania swojego zaangażowania. Na ile są to gesty istotne, treściwe i pozostające w związku z formą dyplomów – oceńcie sami. Trawestując Feldona, wydaje się, że chcemy, żeby polska sztuka była na czele wszystkich sztuk światowych. Kolejnym otwartym pytaniem niech zostanie to, czy w ogóle jest na to jakakolwiek szansa.

***

Niech dopełnieniem dla całego tegorocznego Coming Outu będzie apel jednej z wystawianych w Reducie artystek, Aleksandry Liput, której skradziono pracę. Rozumiecie, Reduta Banku Polskiego, catering, media, sława, chwała i zajumana praca. Jakże żałuję, że nie było mnie na otwarciu.

skradziona praca Aleksandry Liput
źródło: facebook artystki


14 grudnia 2017

Kompas Młodej Sztuki 2017

Wraz z nadejściem grudnia trzeba przypomnieć sobie o Kompasie Młodej Sztuki. Dla przypomnienia: to środowiskowy ranking zwany „listą obecności artwoldu”. Jak na polskie warunki jest to lista specyficzna, ponieważ na jej przestrzeni rywalizują ze sobą ulubieńcy najważniejszych galerzystów oraz pieszczochy hiperskutecznych marketingowo galerii komercyjnych. Ściera się tu m.in. Fundacja Galerii Foksal z galerio-domami aukcyjnymi – gdzie każda instytucja ma głos o tej samej wadze. Dzięki temu, miejsca ex aequo zajmują laureaci prestiżowych konkursów o zasięgu europejskim oraz mocno przeciętni artyści z domów aukcyjnych specjalizujących się w młodej sztuce. Przez to Kompas stwarza wrażenie egalitarności, mieszają się porządki i hierarchie ustanawiane przez środowisko. Drugi obieg ma realną szansę równać się z głównym obiegiem. Właśnie temu drugiemu obiegowi, który (częściowo) jest wspierany przez środowisko konserwatywne jako alternatywa dla mainstreamu należy się przyjrzeć. Dla samej zasady przyglądania się zjawiskom prezentowanym jako godziwa alternatywa dla czegokolwiek. Nawet jeśli wcale to nie jest alternatywa.

12 listopada 2017

Malarstwo a malarstwo, czyli Bielska Jesień po raz trzeci

Doświadczenie pokazuje, że urok konkursów polega na tym, że ich zasady są określone, a jedyną niespodziankę stanowią wyniki. Kontrolowane niespodzianki to rzecz, za którą ludzie przepadają. Jest regulamin, są zasady i minimum zaskoczenia. Czerwone róże, podziękowania, sesje zdjęciowe oraz „poziom był tak wysoki, że jurorom trudno było odrzucić cokolwiek”. Poziom w polskich konkursach zawsze jest wysoki. Niezależnie, czy rozstrzyga się kwestię tego, kto w województwie świętokrzyskim upiekł najlepszą karpatkę, czy ogłasza najlepszą małopolską rzeźbę z kiełbasy. W konkursowych poziomach nie mamy sobie równych. Za każdym przeczytanym „poziom był tak wysoki, że jurorom trudno było odrzucić cokolwiek” serce rośnie. Za każdym usłyszanym „poziom był tak…” zyskuję pewność, co do autentyczności opinii, że polscy artyści i artystki są czempionami i czempionami Polski. Za każdym wypowiedzianym „poziom był tak..” naprawdę wierzę w to, że poziom był tak wysoki, że jurorom trudno było odrzucić cokolwiek, aby cokolwiek innego nagrodzić. Istotnie, szczególnie w tej edycji jurorom było trudno być jurorami.

„Poziom był tak wysoki, że jurorom trudno było odrzucić cokolwiek”. – mówi kuratorka Grażyna Cybulska z BWA Bielsko-Biała. Wyniki konkursów o wysokim poziomie zawsze są zaskakujące – dokładnie tak jak te z 43. edycji Biennale. Niestety już w relacji z wernisażu konkursu na stronie Galerii Bielskiej BWA entuzjazm słabnie. Werdykt jury rozpoczyna się zwrotem „ze względu na dobry, ale wyrównany poziom prac […]”. Dobry to już nie „tak wysoki, że”. Widocznie stronę www obsługuje jakiś sceptyk. Mniejsza o niego. Pierwszą nagrodę otrzymuje artysta, który poruszył w swoich pracach
„[…] zaangażowaną społecznie aktualną tematykę, dla której znaleziono oryginalną formę, która jest jednocześnie refleksją nad samym medium malarskim, z jego ustalonymi wiekową tradycją kanonami. Jury doceniło także ciekawe pytania zadane przez artystę; czym w malarstwie może być farba, czym podobrazie lub jego kształt, oraz jaka jest ich relacja do zamierzonego przekazu.”
Cóż/któż może być lepszy od społecznie zaangażowanego artysty, który nie dość, że biegle porusza się w materii malarskiej, to jeszcze umie łamać kanon tego, jak malować? Przecież w obecnych czasach potrzebni nam artyści, którzy łączą wrażliwość społeczną z umiejętnością wzniecania fermentu poprzez niewdzięczne medium płótna i blejtramu. A jeszcze lepiej jest, gdy artysta zadaje odbiorcy pytania. Najlepiej, jeśli są to pytania mądre. A o co pyta artysta i jakimi obrazami pyta?

od lewej: Sebastian Krok, Amor, 2016; Mutter, 2016; Welcome, 2016

„»Moje obrazy są płaską powierzchnią pokrytą kolorami. Nic więcej, nic mniej. […] Tak naprawdę obraz jest polem dla widza, na którego powinien oddziaływać. Gdy skończę tworzyć, powieszę wystawę, moja rola de facto się kończy. Później czekam na to, co interesuje mnie najbardziej: na interpretację, którą odbiorca tworzy w swej głowie« – wyjaśnił.”
Mężczyzna w koszulce adidasa na ławce, dziecko kurczowo trzymające się nogi matki-businesswoman oraz ciemnoskóre dziecko w kapoku. Grube warstwy alkidów, lakierów, głębokie na kilkadziesiąt centymetrów kanelury. Za podłoże malarskie służą stare prześcieradła – jak mówi autor, pochodzące od bliskich mu osób. Płótna naciągnięte zostały na blejtramy o nieregularnych kształtach. Cztery grzyby w barszcz. Gdzieś pomiędzy tym ping-pongiem obietnic krytyka i artysty istnieje zestaw tych trzech prac. Zgodzę się z jednym – formalnie jest to jakieś pytanie o to, na czym się maluje. Jest to jakaś zagadka formalna, której rozwiązania można by oczekiwać od studentek pierwszego roku malarstwa. Zamiast malarstwa – rysunek, zamiast sklepowego płótna – prześcieradło od znajomej, zamiast prostokąta/kwadratu blejtramu – trapez, wielościan. Wreszcie: temat.
Jeden z członków jury, Ryszard Ziarkiewicz mówi o tym, że autor „[…] pokazał przemyślane, obskurne, rysunkowe – w sumie lewicowe, prace […]”. Samotny mężczyzna w podkoszulku z logo adidasa to – w jakiejś bardzo życzeniowej interpretacji – ilustracja samotności mężczyzn polskich. Zrozpaczony berbeć wczepiony w nogi matki na obcasach – wiadome, emancypacja kobiet. A mały uchodźca to mały uchodźca. Plus te rozpadające się, chybotliwe blejtramy ze złuszczoną i pokruszoną farbą – wypisz, wymaluj chwiejne ramy tożsamości współczesnego człowieka. Abstrahując jednak od naiwności przedstawień oraz efekciarstwa formalnego, absolutnie nie wiem co jest lewicowego w przerysowanych zdjęciach z banku zdjęć.


Sebastian Krok i zdjęcia ze stocków


Niezależnie od tego, czy wykonuje taką pracę na zaliczenie pierwsza lepsza studentka malarstwa, czy pracownik naukowy stołecznej ASP, asystent Leona Tarasewicza – Sebastian Krok. Grand Prix ze stocków – przyznacie, że to wciąż robi wrażenie jako niespodzianka. I to raczej przykra. 

____
cytaty pochodzą ze stron
http://www.galeriabielska.pl/?d=details&sek=&idArt=2549
http://dzieje.pl/kultura-i-sztuka/sebastian-krok-laureatem-grand-prix-bielskiej-jesieni-2017


2 listopada 2017

Co z tą Bielską Jesienią?

W blogowych statystykach widać, że Wy – drogie czytelniczki i drodzy czytelnicy – przychodzicie tutaj głównie ze względu na Bielską Jesień. Z dedykacją dla Was i dla wszystkich innych – kontynuuję wątek tegorocznej edycji tego konkursu. Pojawiła się pierwsza laureatka oraz pełna lista finalistów. 


Zgodnie z przewidywaniami z poprzedniej notki głosami publiczności zwyciężyła Katarzyna Krauze-Romejko. Popularność konkursu internetowego jednak była znikoma – dla przykładu, laureat poprzedniej nagrody publiczności Adam Rutkowski uzyskał 1930 (na 40 726 oddanych) głosów. Krauze-Romejko otrzymała zaledwie 334 (na 1372 oddanych). Wbrew przewidywaniom, że like-boty są w powszechnym użyciu, wydaje się, że w 2017 roku wybierali ludzie.

źródło: Galeria Bielska BWA

Fanpage Galerii Bielskiej BWA również opublikował finałową listę artystek i artystów zakwalifikowanych do konkursowej wystawy. Kto zwycięży w tej edycji? Odpowiedź, zdaje się, będzie przewidywalna – podobnie temu, jak przewidywalną imprezą jest Bielska Jesień. Rekordowa liczba zgłoszeń w niczym temu konkursowi nie pomogła – poziom jest niższy niż w poprzednich edycjach, a zgłoszone prace prezentują wyjątkowo wyrównany poziom. Jednak to ten wyrównany poziom to raczej smutna konstatacja, niż zwyczajowa formułka, która ma połechtać uczestniczki i uczestników. Jednak zabawmy się w wróżkę-jury i oceńmy, na ile jesteśmy w stanie wysondować ewentualny wybór komisji. Albo sprawdźmy, czy na miejscu Wróblewskiej, Truszkowskiego czy Kosałki mielibyśmy ciężki orzech do zgryzienia.

źródło: Galeria Bielska BWA
Zdaje się, że mamy wszystko to, co na zachodniej scenie. Jest figuratywizm dość epigońsko nawiązujący do gwiazd artwoldu Nicoli Samori, Alexandra Tinei, Adriana Gheniego, Victora Mana czy przedstawicielstwa nieco starszego pokolenia (Marlene Dumas i Luca Tuymansa). Pracami Piotra Kotlickiego, Kseni Gryckiewicz, Roberta Bubla, Olgi Dziubak, Bartka Górnego (nagrodzony w 2015 r.) czy Moniki Chlebek polski arthome udowadnia, że trzyma rękę na pulsie i wie, co modne. Pojawiają się – w końcu jesteśmy w Polsce – nawiązania do Grupy Ładnie w postaci obrazów Marcina Jarycha, Tomasza Kołodziejczyka, Joanny Łańcuckiej, Magdaleny Łapkowskiej oraz instalacji malarskich Karoliny Balcer. Pośrednio pod tą szufladkę pasuje także zestaw Krzysztofa Piętki. Jeśli Ładniści to i muszą być także tzw. Zmęczeni Rzeczywistością: Dominika Kowynia (niepokojąco podobna do laureatki zeszłej edycji – Martyny Czech), Justyna Adamczyk, Julia Pilecka, Michał Gątarek oraz Wojciech Kielar. Swoje prace nadesłał również Kamil Kukla – jednak jest to zestaw prac znacznie mniej udanych niż te, które pojawiły się w zeszłej edycji Bielskiej Jesieni. Są postinternetowe, (subiektywnie rzecz biorąc mało odkrywcze) żarty Wiktora Dyndo (laureata poprzedniej edycji) i Marka Rachwalika (wieje tutaj zeszłorocznym finalistą Michałem Kamińskim). Sporo jest także ekspresjo-prymitywizmu dzięki obrazom Tomasza Kwiatkowskiego, Anny Demianiuk, Małgorzaty Mirgi-Tas (laureatka poprzedniej edycji) i Katarzyny Kukuły. Mikołaj Kowalski zdradza, że bardzo kocha się w gęstych od farby reliefach Cyryla Polaczka, jest także kategoria „dużo postarania” – myślę tutaj o Agnieszce Łapce i jej szlagmetalu. Gdzieś pośród tego lewituje ilustracyjny Michał Cygan (oraz jego znacznie słabsze obiekty-bloki mieszkalne) i jedyna wśród finalistów z galerii Potencja – Karolina Jabłońska.

Jest też obowiązkowe 30 procent abstrakcji – m.in. minimalistyczne płótna Emilii Kiny, różowe instalacje Małgorzaty Kalinowskiej, outsiderskie bristole Filipa Moszanta oraz Rafał Czępiński i Marta Antoniak. Są też – żebyśmy się nie znudzili na śmierć – kurioza. Nie ma jeleni wśród finalistów (choć pojawia się jeden w zgłoszeniach), ale są nieśmiertelne młodosztuczne popisy na temat (foto)realizmu: portret Klaudii Ka, sceny domowe Joanny Kaucz, popiersia Dawida Czycza, czy wilczyca kapitolińska Katarzyny Frankowskiej i porno-stencile Andrzeja Cisowskiego. Jest też połączenie Izabeli Chamczyk (laureatki poprzedniej edycji) z średniej jakości figuratywizmem – obiekty Sebastiana Kroka. Na to wszystko spogląda rysowany kredą Karol Marks. Średnio do siebie podobny.

Rua Golba, Class War, 2015, akryl i kreda na bilboardzie, 170x90 cm

Taki zakres wyboru ma tegoroczne jury. Zatem kto ma szansę na nagrodę w tym roku?

Z pewnością którąś z nagród dostanie Karolina Jabłońska. Ze strategicznego punktu widzenia – dobrze byłoby, gdyby jury nagrodziło którąś z jej prac. Jabłońska miała już na swoim koncie indywidualne wystawy (w tym: w Rastrze), interesuje się nią krytyka artystyczna oraz kolekcjonerzy (m.in. ostatni zakup do Fundacji Sztuki Polskiej ING). Do tej pory jury Bielskiej na Jabłońskiej się nie poznało – w zeszłej edycji nagrodzoną została Martyna Czech, która w przeciwieństwie do Jabłońskiej większej kariery nie zrobiła. Nagroda Bielskiej dla tej artystki po prostu będzie potwierdzeniem oczywistości, że na polskim rynku malarstwa Jabłońska już coś znaczy. Podobnie, choć w mniejszym stopniu może być z Kamilem Kuklą – niedostrzeżonym w edycji z 2015 roku.

Być może którąś z nagród otrzyma Lena Achetlik – kontynuatorka niezbyt odkrywczej polskiej recepcji prac (wraz m.in. z Pawłem Baśnikiem1 i Łukaszem Stokłosą) znakomitego Nicoli Samori. Jej prace będą argumentem za tzw. prawdziwym malarstwem – jest to olej na płótnie, laserunek, jakoś odmalowane są te fotografie. Fanki i fani Ewy Juszkiewicz zgodzą się na taki właśnie wybór. Podobnie jak na wybór którejś z propozycji od Agnieszki Łapki.

Również poważnym kandydatem do nagrody może się okazać Marek Rachwalik – artysta już promowany przez głównonurtową krytykę. Jest modny, podobno zabawny i aktualny. Na kanwie jego prac możliwym jest pisać długie teksty krytyczne – a środowisko artystyczne takie postaci sobie ceni. W jego twórczości pojawiają się wątki, które przecierał kilka lat temu m.in. Tymek Borowski z Czosnek Studio. W dodatku Rachwalik jest (w miarę) charakterystyczny – przynajmniej jak w polskim polu sztuki.

Istnieje szansa, że sama tematyka może być przepustką do którejś z nagród – cykl sylwet Parlamentu RP Karoliny Balcer. Aktualna sytuacja polityczna niejako zmusza do wyboru pracy jakkolwiek zaangażowanej społecznie – wybór wśród finalistów jest skromny, dlatego uwaga może być skupiona akurat na Balcer. Nie są to prace szczególnie odkrywcze ani realnie zaangażowane, ale takie stwarzają wrażenie. Przynajmniej dla postronnych, na pierwszy rzut oka. Być może ktoś zahaczy o kwestie kobieco-ekologiczne (wybaczcie mi tę kategorię), myśląc o ewentualnym uzasadnieniu wyboru pracy wybuchowych wagin Katarzyny Kukuły. Mam nadzieję, że jednak nikt się nie zniży do tak karykaturalnej kandydatury.

Nie od dziś wiadomo, że konkursy malarskie (m.in. właśnie Bielska czy Nagroda im. Gepperta) robią wiele, aby oddalić od siebie widmo konserwatyzmu. Organizatorzy chętnie wyróżniają prace, które korzystają z niestandardowych mediów malarskich. W zeszłej edycji przykładami tej efektywnej taktyki była twórczość Izabeli Chamczyk, Irminy Staś, Bartosza Kokosińskiego czy Marty Antoniak. W tym roku nielicznymi kandydatami do nagrody z pewnością są obrazy takie jak Marty Antoniak („zmywalne tatuaże na płótnie”), różowości Małgorzaty Kalinowskiej czy futrzany kontur Polski (co ci artyści mają z konturem Polski?) Marcina Jarycha. Komisja może też być zainteresowana psychodelicznymi kompozycjami Filipa Moszanta. Jedną z pewnych kandydatek do nagrody jest Emilia Kina. Także dla potwierdzenia trendu (odmieniany przez wszystkie przypadki  zombie formalizm), który zakwitł w pewnych krakowskich kręgach dzięki Nagrodzie Artystyczna Podróż Hestii dla Katarzyny Szymkiewicz. Jak wspominałem w poprzedniej notce – konkursy są po to, by podtrzymywać status quo. Całe szczęście u Kiny zombie formalizm pojawia się w mniejszym stopniu niż u Szymkiewicz.


Moim prywatnym zaskoczeniem są nowe prace Bartka Górnego – którego rozwój w stronę malarstwa w duchu Victora Mana to zdecydowanie lepszy kierunek, niż wizja, w której zatrzymuje się na etapie swoich prac z 2015 r. Olej „Mężczyzna z truskawką” to niezły obraz – a z pewnością wśród obrazów finalistów tegorocznej Bielskiej jeden z najlepszych. Oprócz niego pojawiły się sprawne obrazy Mateusza Szczypińskiego, Pawła Szeibela oraz Wojciecha Szybista. Niewiele ponadto.

Bartek Górny, Mężczyzna z truskawką, olej na płótnie, 73x54 cm, 2017
O czym to dość nudne podsumowanie świadczy? Bielska Jesień straciła swój prestiż, interesują się nią częściej amatorki i amatorzy, niż pierwszoligowi twórczynie i twórcy, którzy działają w dziedzinie malarstwa. Rekordowa liczba uczestników nie jest czynnikiem, który działa na korzyść konkursu, a dużym procentem finalistów zostały osoby już nagrodzone w poprzednich edycjach. Być może młode pokolenie jest zdecydowanie bardziej zainteresowane tworzeniem wszystkiego oprócz obrazów.
W przeciwieństwie do edycji BJ z 2015 r. – w tegorocznym konkursie niezłych obrazów było bardzo, bardzo mało. Wybór, jaki ma w tym roku komisja jest skromny – bez zaskoczeń, absolutnych faworytów i naprawdę ciekawych prac. Bazując na dość reprezentatywnej próbie, jaką jest ten konkursowy zbiór – można stwierdzić, że malarzom dzisiejsze czasy nie służą. Albo inaczej: służą stagnacji. Pojawiały się prace o zdechłych kotach, polemika z pojęciem polskich obozów koncentracyjnych, brzydkie słowa, stający dęba centaurfotorealki porodów czy obiekty ulubieńców galerii Henryk. Z dziedziny malarstwa zaangażowanego politycznie zgłoszono ocieplanie wizerunku prawicowych polityków oraz portret Macierewicza obok głowy Lenina. Nie powstały żadne interesujące wypowiedzi, a maluje się o niczym – tak, jakby nic się nie stało, a samo medium wydawało się zupełnie nieme. Pozostaje wierzyć, że przez dwa ostatnie lata malarki i malarze robili coś innego, niż malowali obrazy. Natomiast w połowie listopada, wraz z werdyktem jury przekonamy się co z tą Bielską Jesienią w tym roku będzie. Zobaczymy, czy będzie ze mnie dobra artworldowa wróżka.

________
1 Co ciekawe, Paweł Baśnik nie zakwalifikował się do finału tegorocznej edycji.

19 sierpnia 2017

Bielska Jesień jest super

od lewej: Dorota Niewiadomska, Różne oblicza; Joanna Stachyra, Nie istniejący cud; Claudia Metto, Halina
źródło: https://bj2017.pl/

Powiedzmy to sobie szczerze – konkursy w ramach polskiego artworldu są piekielnie nudne. Wyniki są rozczarowujące bądź – co najwyżej – przewidywalne. Konkursy o formule otwartej, które zachęcają do partycypacji uczestnika, niezależnie od jego stażu pracy czy wykształcenia, przynoszą podobne rezultaty, jak przeglądy skierowane do grona studentów lub/i profesjonalistów. Można próbować się łudzić, że rozstrzygnięcie któregokolwiek wskaże nową gwiazdę (lub większą ich plejadę), szokująco dobrego debiutanta/dobrą debiutantkę lub wyciągnie z niebytu któregoś z nieobecnych lub którąś z nieobecnych. Konkursy wedle tych złudzeń funkcjonują – dlatego portfolia się wysyła, czeka na listy laureatów i laureatek oraz z drżeniem serca otwiera fotoreportaże z wernisażu. Albo: czeka na wściekłe komentarze przegranych/rozczarowanych pośród setek gratulacji, fejsbukowych serduszek i kurtuazyjnych zachwytów. Albo: wertuje galerie odrzuconych, pominiętych, skazanych na nieuwagę i zapomnienie w ramach konkretnego (hehe) sparingu na pędzle. Niewielu organizatorów pozwala sobie na udostępnienie galerii wszystkich nadesłanych prac – a to, w całej konkursowej nudzie, jest najciekawsze. Jednak Biennale Malarstwa Bielska Jesień – jako nieliczna – udostępnia niemal wszystko, co zostało wysłane na konkurs. I za to chciałbym im podziękować, bo dzięki temu się nie nudzę.

14 czerwca 2017

Puszka artysty


Gdyby przeprowadzić wśród miłośników sztuki i kultury plebiscyt na najbardziej szokujące wydarzenie w sztuce XX w. i XXI w., niechybnie wygrałby Piero Manzoni. To ten, który wystawił i korzystnie sprzedał 90 puszek opatrzonych nieszpetną wzorniczo etykietą. W puszce – kupa. Przynajmniej tak głosi etykieta. Kupa artysty, 1961 rok. Trzydzieści gramów, które przechyliło szalę goryczy i od przeszło 55 lat stanowi argument koronny za upadkiem sztuki, zachodniej cywilizacji oraz (zdaje się) dorobku kulturalnego Układu Słonecznego. Puszki dorobiły się własnej legendy – podobno wybuchały, podobno zwiedzający wyczuwali swojski smród kupy w pomieszczeniach, w których puszki były wystawiane. Zamknięto je zatem w kulo- i rozbryzgoodpornymi gablotach. Rzecz jasna, ku większemu bezpieczeństwu – nie wiadomo jednak, czy puszek, które nęcą by je otworzono, czy zwiedzających, którzy domyślnie nie życzą sobie kontaktu z anonsowaną zawartością. Puszki często zestawiano z pisuarem-fontanną – jako ilustrację tezy, że oto właśnie trwa klozetowa transmisja z końca sztuki. I tak od półwiecza pojawia się obietnica zakończenia długiego rozdziału cywilizacji, rozdziału zwanego sztuką. I od półwiecza ta obietnica wciąż działa. Wczoraj właśnie natknąłem się na zarzut, że co ze mną jest, że nie szokuje mnie klocek artysty w puszce zamknięty. No bo, cholercia, nie szokuje.

W 1989 Bernard Bazile nie wytrzymał i puszkę (piątą z kolei) otworzył. Chciał uśmiercić legendę puszki (i kupy w puszce) – ostatecznie pokazując publiczności zawartość, o której napisano już (co najmniej) kilkadziesiąt rozpraw, esejów i stenogramów debat. A tu gorzka niespodzianka, puszka w puszce. Puszka – niczym matrioszka – niczym się nie różni od puszki wewnątrz której się znajduje. Puszka w puszce, a w tej puszce dopiero kupa to już ten poziom meta, który nikogo nie interesuje. Inni natomiast mówią, że

źrodło: beachpackagingdesign.com

w puszce właściwej jest tylko gips. Jednak dla całej sprawy byłoby najlepiej, gdyby kupa przestała działać jak kot Schrodingera w pudełku Schrodingera i wreszcie powiedziała, czy jest, czy jej nie ma. Znając przebiegłość dadaistów i ich pogrobowców – w puszce właściwej nie ma niczego oprócz gipsu. I na tym polegał cały myk – podobny temu, który zmusza ludzi do kupowania gotowej żywności do odgrzania w mikrofali. To nic, że propozycja podania produktu nie ma się nijak do jego zawartości – najważniejsza jest obietnica jędrnej parówki w towarzystwie śnieżnobiałej fasolki w tomacie. Obietnica (nigdy nie spełniona) kupy w puszce wciąż szokuje.


posta dedykuję pewnemu malarzowi i jego towarzyszom, których puszka wciąż szokuje

3 marca 2017

ADOLF HITLER – obraz tanio sprzedam nie Dafen

W American Beauty (to jest: filmie, który bez większych obaw możemy nazwać „kultowym”) jedną z scen kluczowych dla rozwoju akcji jest ta, w której pojawia się patera ze swastyką. Syn właściciela patery pokazuje swojej nowej dziewczynie sekret ukryty za szybą komody. Sekret, jak sekret – najciemniej pod latarnią –  to zwykła patera, na której ustawilibyśmy ciastka, gdyby zabrakło miejsca na paterach od serwisu obiadowego. Swastyka jest na jej rewersie. Dlatego moglibyśmy urządzić wystawne cocktail party, postawić tę miskę na środku stołu i nikt – poza zmywającą naczynia panią domu – nie dowiedziałby się w czym tkwił żart i clue tej kompozycji. Jednak patera, która w filmie robi za perłę kolekcji pułkownika-sadysty, europejczyków niespecjalnie szokuje. Zwłaszcza tych obytych z targami staroci. Pamiętam, że na niedzielnym targu pod Halą Targową co drugi sprzedawca, chcąc zszokować snujących się gapiów – niczym najperfidniejszy ekshibicjonista – odwracał tyłem swoje patery. Machał przed nosem nierdzewnymi widelcami czy też otwierał wyściełane nadgniłym aksamitem pudełka, w których rzędem leżały gapy z naziolskich czapek. Niewielu było zainteresowanych. Przynajmniej kilka lat temu.


1 marca 2017

Pamięci trzydniowego bana za portret młodosztucznego artysty z czaszką jelenia na głowie

Tak jak krytycy konsekwentnie budują pomosty (a raczej wielkoprzepustowe połączenia międzymiastowe) z artystami, tak ja konsekwentnie te wiadukty wysadzam. Tory, którymi śpieszą te intercity dobrych relacji w artworldzie systematycznie ozdabiam otoczakami wielkości nie tyle własnej pięści, co częściej: własnej głowy. Nic więc dziwnego, że czasem oberwę prztyczka w nos odłamkiem własnego kamolca.


Tym razem prztyczek jest od wrocławianina Macieja Cieśli, który poczuł się nieswojo w towarzystwie Marty Julii Piórko i Mileny Brudkowskiej.


Młoda sztuka - najlepsza inwestycja na świecie

no kurdefajans



Maćkowy zwrot ku fowizmowi można nazwać „cudownym nawróceniem”. Zwłaszcza, kiedy zestawić pracę, która zwróciła moja uwagę, z pracami, które obecnie budują – jak to się brzydko mówi – markę Macieja jako artysty. Jednak niech z tego przypadku płynie pewna nauka, dla tych, którzy chcą rozpocząć romans z aukcjami młodej sztuki. Powiedzenie „w internecie nic nie ginie” działa wybiórczo – działa o tyle, o ile ktoś regularnie archiwizuje różne świadectwa aktywności. W tym także: artystycznej. Serwisy takie jak m.in. artinfo czy onebid archiwizują. Nie tylko admion umie znaleźć cały dorobek twórczy – może to zrobić również kolekcjoner. 

Należy mieć to z tyłu głowy, kiedy się romans z oficjalnym obiegiem rynkowym rozpoczyna – czy oby te papużki z liceum to dobry pomysł na dorobienie sobie kilku stów. Pomysł dobry, o ile konsekwentnie się te papużki dalej wykonuje. Pomysł zły, kiedy próbuje się zostać neofowistą z występem w postaci quasirealistycznego autportretu z czaszką jelenia na głowie. Czy tam innej grubaski z pieskiem. Autoironiczny tytuł niezupełnie wystarcza, jeśli praca płynnie wpisuje się w nurt młodosztuczny. Ten, który wyznacza m.in. Marta Julia Piórko i Milena Brudkowska. Niech taka będzie nauczka z trzydniowego bana za przestrogę-przypomnienie.

#freebekazmłodejsztuki

---
update ku kolejnej przestrodze:


Drogi Macieju i Wy wszyscy, którzy bronilibyście tego przypadku w ten sposób – nie. "Umieszczanie starych prac" i "bardzo krótki okres" to nie jest perspektywa roku, w trakcie którego w komis oddało się 20 prac (prace w stylistyce takiej, w jakiej został wykonany pamiętny autoportret z jeleniem pochodzą z lat 2014-2015). Mamy marzec roku 2017. Maciej w latach 2014-2015 miał 26-27 lat i był już dwa lata po skończonych studiach artystycznych.

Zatem, albo domy aukcyjne koloryzują rzeczywistość (czego sugestią miał być post, który spadł z rowerka), albo/i twórcy wysyłają byle-co, którego po upływie niecałych dwóch lat będą się wstydzić. Instytucjonalnie rzecz biorąc – zdaje się, że coś szwankuje w mechanizmie selekcji. Ogólnie coś szwankuje w młodych aukcjach. I wszystko działa, póki ktoś czegoś nie wygrzebie.

13 lutego 2017

Młoda sztuka, a beka z młodej sztuki

dlaczego oni tak obrażają młodych twórców


Kilka tygodni temu, pewna osoba, którą z tego miejsca pozdrawiam, zadała mi kilka pytań. O dziwo, nie dotyczyły one tego, dlaczego nie znoszę Marty Frej lub dlaczego jestem sfrustrowanym nienawistnikiem, który musi prowadzić kilka hejtpejdży naraz, by nadać sens swojemu życiu. Akurat na te dwa pytania odpowiem przy innej okazji. Dziś będzie o tym, czym jest młoda sztuka i dlaczego krytyczne spojrzenie na to zjawisko skutkuje tzw. beką. Bekę można mieć, można ją toczyć. Można ją generować, podsycać, jak i usprawiedliwiać. Sprawnie toczona beka spełnia rolę pewnej, że tak się wyrażę, narracji krytycznej. Beka, jak wszystko, będzie działać (czyli toczyć się), jeśli o coś będzie w niej chodziło. Czyli będzie posiadać pewne założenia, próbować udowadniać pewne hipotezy, obalać inne - zwłaszcza te, które zostały przyjęte jako tezy. Jej rozrywkowa, luźna forma nie wyklucza opisu zjawisk, które w akademickich warunkach funkcjonowałyby (lub już funkcjonują) jako sprawne dysertacje. Beka, przy odrobinie wysiłku, jest bardzo dobrym materiałem/punktem wyjścia do wspomnianych dysertacji. W dużym skrócie i przy niemałej dawce optymizmu: beka to rodzaj obserwacji uczestniczącej. Polski internet był już świadkiem beki z kuriozalnym skutkiem akademickim (vide: sprawa Beki z Poli Dwurnik), lub beki zmarnowanej (przede wszystkim Beka z performance).

8 stycznia 2017

Jeśli chcesz walczyć ze złem - kup sobie czerwony beret

Ezio Petersen - Curtis Sliwa, Nowy Jork, 1985 r.
źródło: gettyimages.com

Ten pucułowaty gość w czerwonym berecie to Curtis Sliwa. Przyszłość, jaka się przed nim rysuje wydaje się być całkiem znośna. Raz uda swoje porwanie. Drugi raz porwie go fałszywy taksówkarz z prawdziwego gangu Gambino. Ale to i tak dość łagodny bilans, jak na człowieka, którego głównym zajęciem stała się walka ze złem. W dodatku jest to walka ze złem w nowojorskim metrze. Na razie w cv może odnotować to, że jest menedżerem McDonaldsa na Bronksie.